Ja i Moon szedłyśmy właśnie przez tereny innych watah. W żadnej nie byłyśmy traktowane za dobrze. Nagle zatrzymałyśmy się w zupełnie pustym miejscu. Nie było tam już zielonej i soczystej trawy i drzew. Był tylko dziwny rodzaj ziemi przypominający piasek. Unosił się lekki, chłodny wiatr. Na ziemi było widać napisy typu: "NIE WCHODZIĆ" czy "Wejście na własną odpowiedzialność!". Przed nami było przewalone drzewo i ciemny, zamglony las. Był środek dnia, jeszcze trochę metrów za mną była słoneczna polanka na której bawiły się małe wilczki. Tam jednak nie było tak słonecznie. Na korze złamanego drzewa było napisane "Las Watahy S€&###". Nie było widać ostatnich liter. Las jednak nie wyglądał na teren jakiejkolwiek watahy.
-Wchodzimy tam..?- Powiedziałam do Moon
-Dobrze...- Moon nie wyglądała na pewną. Ja też nie wiedziałam, czy tak ryzykować.
-Chodźmy.- Obie ruszyłyśmy przed siebie. Była taka mgła, że ledwo widziałyśmy siebie nawzajem.
Szłyśmy przez pół godziny. Nie było już widać początku ani końca tego miejsca. Nagle usłyszałam dziwne odgłosy dobiegające z za mnie. Odwróciłam energicznie głowę. Nagle z poczułam, że coś mnie zadrapało w łapę.
-Aww...
-Yuno? Co się dzieje?!
-Nic... Uciekajmy z tąd!
-Dobrze.
Moon?
-Aww...
-Yuno? Co się dzieje?!
-Nic... Uciekajmy z tąd!
-Dobrze.
Moon?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz